niedziela, 13 listopada 2011

Tytułem wstępu

    Pamiętnik, który jest przedmiotem tego bloga znalazłem przypadkowo w mieszkaniu mojej Żony. Jest to autentyczny pamiętnik prowadzony przez Marię z Macudzińskich na przełomie wieków XIX i XX. Opisane w nim wydarzenia są umiejscowione głównie w okolicach Jasła, Nowego Żmigrodu, Sanoka jest też epizod dziejący się w Dukli. Pamiętnik jest zapisem zwyczajnego życia na polskiej prowincji pod zaborami.Autorka wplata w opis codziennego życia opisy wydarzeń historycznych (Powstanie Styczniowe, rabacja w Galicji), w których brali udział członkowie Jej rodziny. Zapraszam do śledzenia bloga.
     W związku z tym, ze pamiętnik jest pisany dziewiętnastowiecznym językiem i dość zamaszystym stylem, nie wszystko udało się odczytać, stąd w tekście pytajniki w nawiasach. W nawiasach kwadratowych znajdują się numery stron na których znajdują się zapisy w pamiętniku. Chronologicznie zapis można śledzić poruszając się po archiwum od daty najnowszej do najstarszej.   
     

piątek, 11 listopada 2011

Początek - 24 lipca - 22 listopada 1894 r.

Śp. mój Ojciec był w Powstaniu Listopadowem w 1831 Brat w r 1863 bronił wolności! Dzis dążenia są inne – nie z bronią w ręku, ale z wiedzą i nauką, a jednak z niewygasła miłością Ojczyzny służy się Krajowi. Wspomnienia dawniejszych więc wypadków, w narodzie, obok opisu rodziny będzie jakby wiązanka małą złożoną ku pamięci młodszych, a hołdem oddanem …………., i zasłudze tym, Którzy już zeszli z tego świata.
Jasło 24 Lipca 1894 r
Dziadek nasz, Wincenty Macudziński ożeniony był z Teresą Stokowską (?).
Gniazdo zaś rodziny Stokowskich herbu Jelita wyprowadza się z Deniszowic (?) z Królestwa Polskiego.
W domu to tym szlacheckiem, było trzy córki; jedną z nich Teresę poiął w małżeństwo Macudziński, drugą Piątkowski, a trzecią Doliński. Trzy te niewiasty dały początek rodzinie dziś dosyć rozgałęzionej i rozrosłej.
Zaś z rodu Stokowskich jest jeszcze przy życiu Ksiądz Kanonik Jelita Stokowski Proboszcz w Sokotowie (?) + w sierpniu 1897 r
Doliński herbu Sas ożeniony z jedną Stokowską, osiadł we Lwowie, syn zaś jego Franciszek Doliński ożeniony z Mirkówną (?) chodził dzierżawami z początku małemi, później wzioł dużą wieś, Mrowlę od hrabiego Stadnickiego, na której dorobil się majątku, a później kupił ja na własność.
Ci Wójostwo nasze, Dolińscy, byli bardzo zacni ludzie, pracą i oszczędnością doszli do wielkiego majątku, przyczep szczególnie szczęscie im służyło: On dobry gospodarz – Ona Pani pobożna i miłosierna; tak dla swej rodziny uboższej, jak dla obcych. Gdym ich poznała w młodem moiem wieku, posiadali już znaczny majątek w domu było znać oszczędność, zamożność i dostatek, ale broń boże zbytku, do tego stopnia była zaprowadzona oszczędność /co może posłużyć za przykład/ iż nie dawano z pudełkiem do kuchni zapałek, lokaj w dzień przychodził do pokoju pana, i brał jeden patyczek do rozniecenia ognia w kuchni z rana.
Nic też dziwnego że przy oszczędności takiej, przy szczęściu jakie Wujostwu sprzyjało kupili niebawem wieś drugą Nockowę (?), gdzie nasi Rodzice przez dziesięć lat mieszkali, później powiem dla czego?
Teraz wypada opisać ich dzieci: Było pięciu synów, i dwie córki, dziś wszyscy są już na stanowiskach. Najstarszy z nich Stanisław, ożeniony z Zofią Zubrzycką; jest obecnie Prezydentem Tarnowskiego obwodowego sądu. Franciszek w Przemyślu Adwokatem , Roman ożeniony z córką doktora Niesiołowskiego jest Prokuratorem w Krakowie. Ludwik otrzymał Nockowę zaś najmłodszy Kazimierz + w styczniu 1896 spłaciwszy rodzeństwo, osiadł w Mrowli.
Córka starsza Kamilla, z którą najserdeczniejsza łączyła mię z nią przyiaźń od lat najmłodszych, i o której nieraz jeszcze będzie tu mowa, wyszła za mąż za wujecznego brata swego Stanisława Polilalskiego (?). Dziś jako jeszcze młoda wdowa, Matka dwojga dzieci, prowadzi i rządzi dużem majątkiem Przewrotne (?).
Najmłodsza z dzieci Zofia krześnica naszego ś.p. Ojca oddała rękę, a z nią znaczny posag depędętowi notarjalnemu Nowińskiemu, posiadającemu dziś już własną kancelaryą w Leżajsku.
Drugą Stokowską poioł w małżeństwo Filip Piątkowski, z Królestwa polskiego, którego syn, niedawnemi czasy, bo jeszcze w r 1863 był Gubernatorem w Królestwie polskiem w Miechowie, a któryn w powstaniu 1863 r w obec naszej rodziny odznaczył się jako szczególny dobroczyńca albowiem za jego wpływem zostali uwolnieni z niewoli moskiewskiej , mój brat Waleryan Macudziński i wujeczny brat, Antoni Lisowiecki; o czem szczegółowo w późniejszem toku tego pamiętnika będzie wspomniane.
Dziadek nasz, Wincenty Macudziński ożeniony z trzecią, i ostatnią Stokowską Teresą, przybył z Ukrainy w strony Jasielskie, i tu dzierżawił dobra ziemskie , a w końcu kupił na własność od hrabiego Stadnickiego wieś Gorzyce w przyległem folwarkiem, czyli tak zwane sołtystwo Łężyny.
O dziadku moiem Wincentem mało nam wiadomości, wiem tylko tyle, że kilku miał synów , i dwie córki.
O Babci zaś opowiadała mi moja Mama , z czego ja wnioskuję że musiała bydź bardzo nabożną, bo w postach była tak gorliwą, iż z tego powodu sprowadziła sobie chorobę nieuleczalną, i wskutek tego zakończyła życie.
Musiała dobrą (?) bydź i miłosierną, co Jej Bóg jeszcze za życia prawie cudem wynagrodził, a to w następujący sposób:
Wspierała ona często u siebie ubogą jedną szlachciankę, zdarzyło się właśnie że tak wsparła jałmużną i ugoszczona szła tym naszym gościńcem, którym jechał Dziadek Macudziński przed chwilą konno i wiózł w trzosie pieniądze któremi miał zapłacić hrabiemu Stadnickiemu za Gorzyce.
Hrabia mieszkał w Żmigrodzie, miasteczko położone niedaleko od Gorzyc, przestrzeń więc tą krótka odbywał Dziadek na koniu.
Trzos się odpasał i upadł z pieniędzmi na ziemię, czego jednak Dziadek nie spostrzegł, dopiero jak przyjechał do Żmigroda, przychodzi do wypłaty pieniędzy, a tu ich nie ma! Nawraca, wchodzi można się domyśleć zdesperowany do swojego domu, a tam siedzi owa szlachcianka i oddaje znalezione pieniądze.
Żyiących dzieci w domu moich Dziadków było siedmioro, pięciu synów, i dwie córki, Joanna i Krystyna, a z synów najstarszy Stanisław, był urzędnikiem w Królestwie polskiem, Seweryn Kształcił się we Lwowie, i został także urzędnikiem. Adam ożeniony ze Szleczkowską miał folwark koło Krosna. Jan wyjechał do Weger tam się ożenił i tam gdzieś w świecie życie zakończył, najmłodszy zaś Rajmund Feliks, to był nasz drogi Ojciec!
Z córek Krystyna wyszła za mąż za właściciela Krościenka, Grosa, ale będąc słabowitą, niedługo zakończyła życie. Zaś Joannę, która miała bydź bardzo urodziwą; poioł w małżeństwo Kasper Lisowiecki, właściciel Niegłowic (?) i Morochowa (?).
Mieli oni kilkoro dzieci z których dwóch synów chodziło do szkół w Rzeszowie, tam jeden z nich zachorował na dyfteryę.
Ojciec mój jako jeszcze bardzo młody, był na ten czas w domu, prosili go więc Lisowieccy aby poiechał do Rzeszowa odwiedzić ich synów, gdy Ojciec mój przyiechał do Rzeszowa, już starszy z nich nie żył. Nie wiem jakiem sposobem, ale dosyć że Ojciec zabrał nieżyjącego , przywiózł do swojego domu, do Gorzyc i na parafialnem cmętarzu w Łężynach pochofał. Tymczasem i drugi chłopak pozostały w Rzeszowie żyć przestał.
Wujenka Lisowiecka miała tak desperować za zmarłemi dziećmi, że później kiedy jeszcze kilkoro ich przybyło, Ona już zdrowie straciła, i sił do wychowania dzieci zabrakło, to poprzednie zgryzoty organizm nadwątliły i niebawem życie zakończyła. Lisowiecki także pożegnał się ze swiatem, w niedługiem więc czasie dzieci te zostały zupełnemi sierotami!
Wacław najstarszy z nich w osiemnastu (?) latach odznaczał się taką statecznością i powagą, że został opiekunem uznanem sądownie młodszego swego rodzeństwa, Antoniego i Teresy.
Ojciec mój, Feliks Macudziński chodził do szkuł wyższych we Lwowie, i w roku 1830 był już na filozofii, kiedy po kraju zaczęły rozchodzić się wieści o prześladowaniu polaków pod rządem rosyjskiem, a względnie brutalne obchodzenie się W Księcia Konstantego z wojskiem polskiem. Wiadomo bowiem z historyi, że pod rządem Aleksandra I po rozbiorze kraju naszego, zostawiono nam jeszcze trochę wolności, wolność ta jednak była tylko pozorną; w gruncie rzeczy ucisk i prześladowanie.
Zresztą naród niedawno wolny i szczęśliwy nie mógł (str 13) – i nie chciał ugiąć się pod siłą wroga, tajemnie marzył o wolności i przygotowywał rewolucję!
Przygotowanie to jak echo rozchodziło się po kraju, i odbijało w sercu każdego prawego Polaka! Cóż więc dziwnego że młodzież niemi elektryzowana rzucała ogniska domowe naukę , uniwersytety – rwała związki rodzinne i spieszyła w szeregi obrońców, za wolność i Ojczyznę! Tak zrobił i mój śp. ojciec Feliks Macudziński.
W czasie tym babka moja, Teresa Macudzińska jako już wdowa, sama prowadziła gospodarstwo w Gorzycach – dzieci bowiem, a względnie synowie, byli po za domem w szkołach lub na stanowiskach.
Ojciec mój jak wyżej powiedziałam chodził do wyższych szkół we Lwowie, z tamtąd więc przyiechał do Gorzyc, prosić swej starej Matki o błogosławieństwo chcąc wyjechać za granicę, gdzie miał się zaciągnąć w szeregi wojska polskiego!
Ojciec liczył lat wtedy 18cie to też z trudnością wielką uzyskał od Matki pozwolenie i błogosławieństwo z którym wyruszył z domu i złączywszy się z kilku młodymi ludźmi między którymi byli: Wybranowski, Teofil Gorczyński, Cezar hrabia Męciński właściciel Dukli z przyległościami /obecnie jeszcze zostający przy życiu +w czerwcu 1895 r/ przeszedł granicę. Przejście to jednak było połączone z niemałą trudnością, przeprawiali się bowiem w nocy przez Wisłę. Łudka była mała, a wsiadło do niej więcej jak ich trzech, bo nad granicą złączyli się z innymi a tu, oprócz nich, były pakunki, rynsztunki na konie itd. Opowiadał nam Ojciec, że innej pozycji w tej łudce nie można było przyjąć tylko klęczącą. Tak płynąc nocą wśród wzburzonych fal Wisły, o mało na samem wstępie nie przepłacili życiem swej odwagi i męstwa!
Przeprawiwszy się z takiem trudem przez Wisłę, zdążali w Prost do Warszawy.
Rewolucya 1831 r wszystkiem jest znana, któż bowiem nie wie o niej? Któryn polak z opisu nie zna bohaterów ówczesnych? to też nie zatrzymując się nad historyą powstania, które tyle nadzieji budziło, a takie rozczarowanie i ostatni upadek narodowi przyniosło, wspomnę tylko te niektóre zdarzenia, które się naszego Ojca tyczyły.
Gdy Ojciec nasz przybył do Warszawy , udał się z listem polecającem do jednego pana, będącego w intendaturze, Który gdy Ojca zobaczył w tak młodem wieku, powiedział, aby się wrócił do szkół, ale słowa te niezachwiany raz powziętego zamiaru służenia w wojsku dla obrony uciśnionej Ojczyzny. Wtedy zacny ten człowiek wskazał Ojcu drogę, a może i poparł swoją protekcyą, że Ojciec wstąpił do czwartego pułku dzieci warszawskich , i był w niem, aż do wzięcia Warszawy.
Z czasów tych opowiadał nam Ojciec nieraz różne zdarzenia, a ślicznie Ojciec opowiadał, mile więc w pamięci naszej zostały, powtórze niektóre.
Razu jednego kilku wojaków, między którymi był i nasz Ojciec , zostało zaproszonych na wesele, bo będąc już dłuższy czas w Warszawie porobili znajomości, ale urlop był krótki, wracali więc spiesznie, aby na oznaczoną godzinę stanąć w szeregu. Jednak jeden z nich, podobno Wybranowski dłużej się zabawił na weselu – może mazura chciał dokończyć , może ostatniego hołupca wywinąć? dosyć, że koledzy odeszli on został – i sam powraca – drogi jeszcze kawał – czas krótki co tu robić? widzi na końcu wsi jakieś światełko, ano myśli – trza wstąpić – może koni dostanę. Wchodzi do haty a tam na łuszku leży chora Kobieta – sama opuszczona, błagająca wchodzącego człowieka o ratunek – mówi że jest we wsi kobieta znająca się na lekach – ach! gdyby mi ją miał kto przyprowadzić! Nie wiele myślący – bo któryn polak prawy namyśla się długo, gdy idzie o czyn szlachetny?
Wypytawszy się gdzie owa lekarka mieszka idzie i trafia do owej haty, i prosi aby lekarka szła spiesznie, stara jednak kobieta wymawia się spóźnioną porą , że butów nie ma itp. no to ja was wezmę na plecy, była bowiem zima – mówi dalej dzielny wojak, tylko wstawajcie spiesznie, bo tam tymczasem chora zemrzyć może! Staruszka rada nie rada, nie tyle może z poczucia litości, jak przerażona widokiem wojaka, bierze płachtę i wsiada na plecy, na których szybko drogę przebywa! ale szlachetny wojak zmordowany ciężarem staje obok jakiejś wyniosłości choć trochę wypocząć, opuszcza ciężar z plec, aby potem z tem większą siłą na siebie go włożyć – lecz w oka mgnieniu ciężar lekkiem się staje – płachta w ręku spoczywa. Co takiego? gdzie Kobieta się podziała? w ciemności nocnej patrzy rękami po tej wyniosłości na której się oparł, ale cóż za okropne było jego przerażenie, gdy się przekonał że to studnia, a on w niej niechcący kobietę utopił! Którą z najszlachetniejszej pobudki niósł na swoich plecach!
Ojciec nasz już był dłuższy czas przy wojsku , zdarzyło się więc razu jednego podczas dłuższych marszów , że wojsko było nadzwyczaj znurzone; dostali zatem rozkaz chwilowego odpoczynku – wszyscy jak byli ubrani, rzucili się na murawę zasypiając snem głębokiem, nareście trąbka ją budzi do dalszego pochodu, chcą wstawać, a tu każdy z nich ciężar jakiś czuje na sobie – naroście wstają – patrzą co takiego? i ze zdumieniem widzą pełno gradu koło siebie. Tak mocno ze znużenia usneli, że nie czuli, jak chmura ponadniemi przeciągła i zasypała ich gradem!
Inną razą wśród takich marszów, dostali się do opustoszałej karczmy, Kto gdzie mógł, szukał odpoczynku, jeden ze szczęśliwszych dostał się na łóżko, na którem trochę słomy leżało, ale zmęczonemu i taka pościel musiała się wydać arcy wyśmienita – słoma się rozgrzewa, a z pod niej wydobywa się fetor trudny do zniesienia i budzi biedaka, który wyskakuje z łużka zaiętego przewraca słomę, pod Którą znajduje żyda nie żywego! i już nadpsutego!
Takieto różne zdarzenia, a zapewne i wiele innych przechodził nasz drogi Ojciec będąc w wojsku polskiem, nareście zbliżyła się chwila nieszczęśliwa w dziejach naszego Narodu wzięcie Warszawy przez Moskali. Kto zna historyę wie cały przebieg tego wzięcia: jedni gineli, drudzy, aby uiść niewoli ratowali się ucieczką. Nasz Ojciec przeskakując mur został za nogę schwytany przez moskala na szczęście jednak w ręku moskala but został, a Ojciec tem sposobem ocalał i od niewoli uchronił!
Ojciec nasz był w pułku  Ramorina
Girolamo Ramorino
,po wzięciu więc warszawy przeszli pruską granicę [+ Ramorino frenucht(?) granicę austriacką] , i tam broń złożyli – broń, która miała wywalczyć wolność Ojczyźnie! złożyli broń, ale nie złożyli miłości ku tej ziemi, którą nieprzyjaciel zagrabił. Opowiadał nam Ojciec co to za boleść była wielka, gdy zmuszeni byli ją oddać – Nie wygasła miłość, bo po latach wielu w r. 1863 wysłał Ojciec syna swego Waleryana aby znów stanął z bronią w szeregach walczących za jej swobodę, za wiarę i prawa. Nie wygasła miłość, ona żyć będzie, i przechodzić z pokolenia na pokolenie a kiedy dziś inne czasy przyszły to z modlitwą na ustach wznosi wznosi się prośba : „Wolnośc i Ojczyzne racz nam wrucić Panie bo szerzy się oświata między ludem, bo cześć i nabożeństwo do Matki Najświętszej wrasta, bo we Lwowie odnowione zostało nabożeństwo do Matki Boskiej jako do Królowy Korony polskiej, bo w Starej Wsi od dwóch lat odbywają się Kongregacye: Ordalia Maryanus, na której czele jako Prezes stanął Obywatel August Gorajski a z niem dużo szlachty przystąpiło do tego towarzystwa.. A gdy w narodzie naszem zakwitnie nabożeństwo na nowo do Matki Najświętszej, a z niem cnoty praojców naszych wróci sie i wolność. Nie wygasła milość Ojczyzny – nie wygasła cześć dla jej obrońców: dziś jako w rocznice powstania Listopadowego 1831 r. odbyło się nabożeństwo istotne za tych co nieśli swe życie w ofierze za wolnośc Narodu!
A więc nie wygasła miłość Ojczyzny, nie zgineła Polska, w której tyle Ołtarzów i świątyń wznosi się na cześć Maryi na uwielbienie Boga ani zginąć nie może, bo z grobu i niewoli Ty ją wskrzesisz Boże!

22 Listopada 1894 r

sobota, 5 listopada 2011

Po 22 listopada 1894 r.

    Tułał się Ojciec jakiś czas po prusach, nareście wrócił do Galicyi, zbiedzony, znękany, wobcem ubraniu, bo ubrania żołnierza polskiego musiał zrzucić z siebie i gdy przyszedł tutaj w Jaśle, i przedstawił się w Magistracie że wrócił, nie mógł Go jeden Pan /Gołuchowski, który pierwej znał Ojca/ poznać, tak był zmieniony, i szwagra Lisowieckich, tam najpierwsze było, zrobić Ojcu kąpiel, dać czystą bieliznę i ubranie. Tak ten, opowiadała nam jeszcze teraz jedna kobieta z Niegłowic, staruszka, która chodzi po żebrach i prawie co sobota wstępuje do nas na herbatkę, a otrzymała ona ten przywilej dla tego, że jakżeśmy się dowiedzieli od niej iż znała naszą dawniejszą rodzinę. Nazywa się Ramutka (?), ale myśmy jej dali nazwe: "familijnej babki" i jest ona naszem naszem gościem, bo nie tylko Ojca ale i Dziadków Macudzińskich znała. Ona też w prostocie swojej opowiadała nam, ze to ubranie w którym nasz Ojciec wrócił z polski i do Niegłowic w niem przyjechał, do wisłoki kazali Państwo wrzucić, tak było zanieczyszczone! Obrońca Ojczyzny tyle przywiózł do kraju!
Ale młodość - wiara w przyszłość to wielkie dźwignie dla człowieka, które mu nie dają upadać. Ojciec wprawdzie zwichnął juz swoją karierę, bo nie wrócił zaczętej nauki kończyć - ale rzucił się do innej pracy: do roli powrócił do Gorzyc, do matki, która jeszcze żyła, i z nią zaczoł gospodarować!
Staruszka, o której wyżej wspomniałam, znała tak dobrze naszą rodzinę, bo mąż jej służył we dworze w Niegosławicach za furmana.
   

poniedziałek, 31 października 2011

Rodzina Zbrożków i Oświatowskich.

Rodzina Zbrożków, herbu róża pochodziła z Litwy. Dziadek nasz, Erazm Zbrożek w młodych latach oddany został na dwór Księcia Ogińskiego. Jak tam długo bawił i jak czas spędzał - nie wiem. Nie myślałam bowiem będąc młodem dziewczęciem, że w późniejszem wieku zabawię się w literatkę, i spisywać będę wspomnienia rodzinne. A co za szkoda, co za szkoda tych opowiadań zapomnianych! Domyślać się tylko należy, że ieżdżąc z dworem Księcia Ogińskiego, na dwór Kasztelanowej Łękowskiej (?), poznał tamże pannę Wiktoryę Oświatowską, z którą się ożenił.
Prababka zaś nasza, Urszula Oświatowska będąc wdową po majorze wojsk polskich mieszkała w Warszawie, i tylko od czasu do czasu przyjeżdżała do Galicyii, do córki i zięcia, przy których w Końcu, za ich prośbą i naleganiem całkowicie zamieszkała.Później osobny ustęp poświęcę jej spomnieniu, teraz wracam do dziadków Zbrożków: Nie mieli oni, jak się pobrali żadnej swojej własności, ale jak to dawniej pospolitem było, dorabiać się na dzierżawach, poszli i oni tym torem, najpierwej brali mniejsze dzierżawy, a gdy przy pracy i przedsiębiorczości Bóg im błogosławił, dorabiali sie majątku, wzięli w dzierżawę Żmigród z przyległościami od hrabiego Stadnickiego. Mieli oni juz wtedy dwie córki: Maryę i Waleryę. Marya starsza odznaczała się wielką, nad wiek powagą; młodsza Waleryą żywością usposobienia - obie śliczne panienki. Całem tez staraniem ich matki było wychować jak najlepiej, i nic w tem kierunku zaniedbanem nie zostało. Uczyły się w domu, a oile dawniej nauki umysłowe miały przystęp dla płci naszej, uczyły się wszystkiego, a więc: języków niemieckiego, francuskiego, aże babcia nasza fortepianu nie lubiła; uczyły się na gitarze, i śpiewu, w ręcznych robotach były tak biegłe, że młode panienki wyhaftowały włuczkami na ziemnotabaczKowem (?) tle 12cie krzeseł, i jedną kanape.6ść krzeseł i kanapa jest jeszcze - znamy je - a są one nieraz przedmiotem podziwu od obcych osób przez piękną pracę, i żywość kolorów włuczki do teraz jeszcze dotrwały! My te sprzęty otaczamy poszanowaniem - one przypominają nam pracę drogiej Matki naszej i Ciotki!

niedziela, 30 października 2011

Urszula Ośmiałowska

Dra Babka nasza Urszula Ośmiałowska po rozbiorze polski mieszkała w Warszawie, i tam jako wdowa po majorze polskiego wojska pobierała pensje od rządu rosyjskiego, z tem jednak zastrzeżeniem, że stale zamieszka w królestwie polskiem - przyiezdzała więc tylko za paszportem do galicyi i po parę tygodni u swych dzieci bawiła - ale zniewolona prośbą ich - a może wnuczki coraz silniejszem węzłem łączyły ją z domem dzieci, dosyć, że zrezygnowała z pensyi Cara Aleksandra, i przyiechała na stały pobyt do Galicyi, i zamieszkała przy dzieciach.
Prababcia nasza, której portret pięknie zrobiony przedstawia ją już w podeszłem wieku była niewiasta surowych obyczajów, wprawdzie pochodziła z epoki Stanisława  Poniatowskiego, ale należała do liczby tych niewiast które zachowały wiarę i cnoty!
Nie mały też musial bydż wpływ jej na wnuczki, które pod okiem zacnej matki Kształcąc się w domu, i w towarzystwie takiej babki, wyrosły w całem tego słowa znaczeniu pełne cnót i urody!
Starsza z nich Marya, która od lat najmłodszych odznaczała się powaga, i talentem do wierszy, a z wiekiem tak się rozwinął, że je niektóre do druku podawała , a daleko więcej w rękopisach zostało opisała wierszami bardzo wdzięcznie obraz swej ukochanej babci, które tu przytaczam, bo zdaje się, że każdemu milo je będzie przeczytać.
 

Babunia - wiersze

Babunia
"O czemuż jeszcze nie jestem Marylką,
Ową bez troski, swobodną dziewczynką,
Co to z piosenką na ustach wesołą,
Biegła za ptaszkiem, chmurką szafirową, 
Pod czułym okiem Babuni!
O jakże często w panoramie duszy 
Widzę ten obraz którego zjawienie
Tak słodkie, błogie sprawia mi wzruszenie.
Że nie raz chwilę boleść mą przygłuszy.
Ów pokoiczek maleńki, spokojny,
Jak świeży śnieżek bieluteńkie ściany,
Strojne godłami, ojców naszych wiary.
Marya Częstochowska - tu Ukrzyżowany
Tu za obrazem na białej gromnicy,
Wianki Święcone, z róży macierzanki
Rozchodnika, Szałwi, Bylicy,
Cztery wianuszki, gdy z oktaw wróciły
Zakopywano na granicach wioski.
Tak oddawano niwy pieczy Boskiej
Ażeby grady ich nie uszkodziły!
A tutaj palma wstążką związana
Tey palmy zawsze zawsze Mama nasza sama 
Kiedy pierwszy raz szlo w pole bydełko 
Wyganiała je, i z czeladką wszelką.
A Babunia mówiła - "Tak nasze prababki
Czyniły - i wy otem pamiętajcie dziatki,
Zaczynać Każdą pracę w Imię Boże, 
A pewnie szczęście pracy dopomoże."
Bo kto zna ojców naszych obyczaje,
Szanuje, w dziatek zaszczepia pamięci 
Niedbając, (nieczytelne) nań świat (nieczytelne)  powstaje
Ten tą pamięcią Imię Boże święci."


Przed kanapką stoliczek, w nim różyczki,
Naparstek, nici, druty, igielniczki - 
Bo chociaż ósmy krzyżyk Babunia liczyła,
Sama sobie czepeczki, pończoszki robiła.
Na stoliku - 
Dzwoneczek, tabakierka i okulary w futeraliku,
W framudze okna postać okazała,
Orzechowa, na lwich nogach
Z słupkami po rogach,
Odwieczna komoda stała.
Każda szuflada przeznaczenie miała:
W pierwszej i drugiej, Babunia kochana, 
Gospodarowała co rana;
Były tam ładne torebki, koszyczki,
Obrazki, pudełka, jadwiśki,
Koronki, siatki, cukierki, pierniczki,
Tu na kółeczku osnute wstążeczki;
A w jednym pudle fatałaszki same;
To pudło zwało się "pudło kochane."
Bo nam z pudła tego,
Jakby ze sklepu jakiego,
Na różne stroje dla lalek dawała, 
A przytem zawsze upominała-
Ale żebyście ładnie szyły mi dziewczęta!
Reszta szuflad, to niby do nas należała,
Bo miałyśmy w nich nasze i lalek sukienki,
Lecz Babunia co dziennie do nich zaglądała;
A broń Boże, gdyby była,

środa, 8 grudnia 2010

Babunia - ciąg dalszy

Porozzżucaną bieliznę, sukienki, 
Albo plamką gdzieś zoczyła - 
Dopierosz to się miały panienki!
Przy piecu, w kąciku stała
Kanapka mała,
Na niej nas za pokutę Babunia sadzała, 
A była to naprawdę, dla nas kara sroga!
Siedzieć tak bez poruszenia,
Słówkiem nie przerwać milczenia,
pięć pacierzy, czasem dłużej,
Jak rządziła Babunia droga!
Lecz najdotkliwsza dla nas kara była,
Jeżeli nam już - nie Walerka, Marylka,
Lecz zimnym tonem panienki mówiła.
O, byłosz wtedy próśb i nażekania!
Kochana Babuniu! droga Babulinko,
Już nigdy, nigdy tego nie zrobiemy!
Zobaczysz, wiecznie już grzeczne będziemy,
Tylko nie dawaj takiego nazwania,
Jakbyśmy twoiemi niebyły wnuczkami!
Na takie prośby wnet się dobruchała
Swawolnym wnuczkom wiecznie przebaczała.
No, no - mówiła - dobże wnuczki moje,
Lecz niepożądku strzeżcie się dziewczęta!
Niech każda o tem najwięcej pamięta;
Że czystość kobiet zaleta największa,
Niepożądkiem obrzydnie choćby najpiękniejsza;
Czystość podnosi wdzięki, zdrowie utrzymuje;
Pożądek niewiast mnoży, co mąż zapracuje,
Choć twa odzież z płucienka, lecz gdy czystą będzie,
Swobodnie z lśniącym zbytkiem, pomieścisz się żędzie.
Milsza chatka, gdzie każden sprzęt czystością świeci
Niżli dwór okazały, w kątach pełno śmieci;
Ubogo a chedogo, miejcie godło dziatki,
A będą gospodynie z was dobre i matki."

Na komodzie stały bukiety wluczkowe,
Róże goździki narcyze, goxdziki pąsowe,
Między nimi misternie z drzewa wyrabiana
Figura świętego Jana.
Obok leżały księgi rozmaitej treści:
Nowenny, Ołtarzyk złoty,
Psalmy Dawida - i Świętych żywoty
I pani Tańskiej dla dzieci powieści - 
I pan Podstoli, pióra Kraścickiego,
A żewne poezye, pełne czucia wiary,
Nareście Pielgrzym z Dobromila stary,
Z tych książek co dzień czytałyśmy z rana,
A Babulinka słuchała Kochana - 
I objaśnienia, uwagi czyniła,
W tym pokoiku, w zimowe wieczory,
Wszyscy gawędzić społem się schadzali,
Ojciec wiódł z Babką polityczne spory,
Mama słuchając pończoszkę robiła,
A czasemyśmy w Kasztelana grali,
To kiedy była staruszka w chumorze,
O Stanisława prawiła nam dworze,
Mądrych obiadach, Bielanach Warszawie,
Sutej dla Księcia Józefa zabawie,
O obyczajach sobronach (?) fryzurach,
O narodowych wspaniałych mundurach,
I o starym Krakowie, i o jego losach,
O tej siedzibie Królów Polskich godnej,
O zamku co się w Wiśle przegląda nadobnej,
I o Zygmuncie, Który, gdy z wieżycy
Ozwał się czasem, podczas jakiego
Zdarzenia ważnego,
Słychać go było w całej okolicy - 
I o mogile syna polskiej ziemi,
Którą mu naród wzniósł dłońmi własnemi!
O Babko moja! Jakżeś ty szczęśliwa
Że nie wiesz, jak dziś rzeczy postać się zmieniła!
Gród pusty, a na zamku puchacze, i wiatry
Urągają krainie zdradziecko wydartej!
Stary Zygmunt oniemiał, bo choćby bił w łono
Całą siłą uczucia, boleścią wznieconą,
Rozproszone po świecie nie usłyszą dzieci!
Głos tylko jego łzawy do mogił doleci - 
I ciężką skargą zawiśnie w niebiosach!

--------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------


Lecz ja jeszcze -
W obrazie, którym myśli moje pieszczę,
Widze przy stoliku Babunię kochaną,
W szafirowy szlafroczek starannie ubraną,
Czepek amarantową wstążką opasany;
To był najwięcej jej stroj podobany.
Nad białą skronią biegnie z pod czepeczka,
Jak heban z srebren włosów tasiemeczka.
Widzę ten wzrok pogodny błękitnego oka
W którym się tliła jeszcze duma, myśl głeboka,
A gdy ubiegłych czasów świetność wspominała,
O jakże Ona wtenczas, piękną mi się zdała!
Z jakimże uniesieniem bohaterskie czyny,
Wielkich mężów narodu swojego kreśliła,
Jak gościnność, wspaniałość - w czynach mowie szczerość
Szlachetność, religijność i ojczyzny miłość.
"O tak! - mówiła zawsze kończąc swe powieści -
Dzięki Ci Boże, żem się Polką urodziła!
Wiem ja, że i polacy mają swoje błędy,
Bo i którenże naród wolen wszelkiej skazy?
Lecz porównajmy innych narodów na ziemi,
Zbrodnie, przymioty - niebacząc na względy -
Z cnoty i wady polskiemi,
Pewno ich dobra strona przeważy na szali
Męstwo ich będą z drżeniem wrogi wspominali,
U onych, imię polaka, zawsze będzie w cześci!
O niech nie gaśnie w sercach naszych ich wspomnienie
Bo by nas Bóg, i własne karało sumienie,
Wszakże to nasze skarby, i puścizna cała
Która nam po ojczyźnie drogiej pozostała!!"
Tak mawiała Babunia, a myśmy słuchały,
Słowa jej w naszych sercach, pamieci pisały;
Bo chociasz mysl młodziutka ich niepojmowała
Dosyć, że tak Babunia kochana kazała.
O bośmy tez Babunie kochały serdecznie!
Ona tak dobra, bardzo dobra była;
Przykrywała dla lalek sukienki czepeczki,
Uczyła nas w desenie wyrabiać siateczki,
A kiedyśmy się bardzo sprawowały grzecznie,
To nam i piosnkę jaką zanuciła,
A głos jej lubo nie miał już dźwięku młodości
Jednak był miły i pełen rzewności.


O czemuż droga Babko już nie jesteś z nami!
Możebym się zajęła twemi powieściami,
Twój głos możeby mie do łez czułości wzruszył
I na chwilę okrutne marzenia przygłuszył.
Twoja pieszczota boleść by moją koiła*
Tybyś odgadła może cierpienie mej duszy.
I nie raniąc daremnem słowem pocieszenia
Ulżyłabyś społczuciem tajemnej katuszy;
Bo w twej szlachetnej duszy, godnej uwielbienia,
Dobroć z rozsądkiem nierozdzielnie żyła.

wtorek, 7 grudnia 2010

Ślub - 16 maja 1836

+ Ciocia Marya miała po zamążpójściu tylko jednego synka, który dzieckiem życie zakonczył - z tąd taka nieutulona boleść. W epoce tej, w której nasi dziadkowie Zbrożkowie żyli i gospodarowali, czasy - stosunki rolnictwa były inne jak teraz, pańszczyzna niebyła jeszcze zniesiona; a gdzie pan był sprawiedliwy, to dobry stosunek między dworem a ludem łatwo się utrzymywał - i korzyści materjalne były znaczne. Przytem browary, wypas bydła, produkta ziemi droższe (?) wszystko to się składało, że w tych warunkach, a przy umiejętnem prowadzeniu gospodarstwa fortuny się wzmagały, to też i nasi Dziadkowie doszli do znacznego majątku, a kiedy w Żmigrodzie dzierżawa zakończyć się miała, wzioł Dziadek w dzierżawę od hrabiego Męcińskiego Dukle z przyległościami, tak zwane państwo Dukielskie, i tam z rodziną swą zamieszkał.
Gdy Dziadkowie Zbrożkowie mieszkali jeszcze w Żmigrodzie, a Ojciec nasz przejeżdżając nieraz z Gorzyc do Żmigrodu, widział w ogrodzie bawiące się te dwie panienki, które były uosobieniem piękna; nieraz przez głowę przeszło życzenie gorące : "Ach! gdyby iedna z nich mogła bydź moją"
Przyszła rewolucya w 1831 roku, Ojciec, jak wiemy poiechał - i wiemy jak wrócił - zbiedzony, znękany, nadzieje i usiłowania w obronie Ojczyzny upadły - ale obraz nadobnych panienek, niezatarty pozostał - odnowił Ojciec stosunki z domem Zbrożków, i pokochał ze wzajemnością młodszą z nich Waleryę, a ta była nasza najdroższa Matka!
     Najstarszy brat naszego Ojca, Seweryn Macudziński był podten czas urzędnikiem w Rzeszowie, Jego, jako głowe rodziny, prosił Ojciec , aby zechciał przyiechać, i Rodzicom panienki, w Jego imieniu uroczyste oświadczyny zrobić! Nieodmówił Stryj prośbie swego brata, a lubo nie był jeszcze żonaty, ale o wiele starszy od naszego Ojca, przyioł ten obowiązek na siebie, i z oświadczynami wraz z Ojcem naszym, pierwszy raz do domu dziadków przyiechał. Oświadczyny zostały przyięte - Ojciec szczęśliwy powracał do domu, ale Stryj Seweryn był smutny, jakaś troska osiadła mu na czole, zapytany przez brata co mu jest takiego? Odpowiada: "Ty młodszy otyle o demnie, a masz juz narzeczoną; Kiedy ja już połysiał, i znaleźć jej nie mogę" A Ojciec nasz na to: jest starsza Zbrożkówna Marya spróbuj szczęścia, staraj się o nią.
Są chwile w życiu tak poiedynczych ludzi jak i narodów, na pozór tak drobne, i małe jak ziarnko w łupinie, a jednak te chwile stanowią o szczęściu człowieka - rozgrywają bitwy i dają zwycięztwa! Któżby się spodziewał, że słowo prawie nawiasem rzucone, w niedalekiej przyszłości faktem się stać może? - a jednak tak się stało. Marya starsza córka Dziadków Zbrożków oddała swą ręke Sewerynowi Macudzińskiemu. Młode to jeszcze były te dwie siostry gdy przyszło do ślubu - bo starsza Marya urodzona 24 kwietnia 1818 r a warto tu wspomnieć i jej chrzestnych rodziców: Z wody (?) chrzczona w Jasliskach chrzestni Ojcowie: W Barbara Wierzbiętowa, z Dziadem Kościelnem.
  Z ceremonii chrzczona w Gorlicach. Ojcowie JW Miłowski Szambelan z jaśnie Wielmożną Łętowską, druga para W.P. Stolunska (?) z W Miłkowskiem z Gorlic.  
Walerya urodzona 24 grudnia 1820 r z wody oboje WP Zawadcy, z ceremonii W. Laskowska z J W. Mecińskiem.
A 16 zaś Maja 1836 r w dzień zesłania Ducha Świętego, w kościele Dukielskiem odbyły się śluby tych dwóch sióstr, które wychodziły za dwuch rodzonych braci. a uroczystość ta w swojem rodzaju była osobliwą: dwie panienki słynne z urody, i dobrego wychowania córki powszechnie poważanych ludzi wychodziły za dwuch rodzonych bracito też ściągnęła do kościoła mnustwo publiczności. Rodzicom naszym dawał ślub przyiaciel Ojca, Ksiądz Celarski, późniejszy Kanonik Pilznienski, zaś Stryjostwu miejscowy proboszcz, Ksiądz Kwiatkiewicz. Obydwoje Dziadkowie kochali swoje córki, ale co Dziadek, to był nieutulony w żalu, że tak obie odrazu z domu wychodzą; całą drogę, jak iechały do ślubu, szedł piechotą koło powozu, żeby jeszcze i tej chwili nie stracić, i bydz z ukochanemi córkami.
      Śluby były ciche - po których zaraz młode małżeństwa rozjechali się do swych domów. Stryj Seweryn Maryę zabrał do Stanisławowa, tam bowiem był przeniesiony , zaś Ojciec przywiózł swoją Waleryę w progi rodzinnego domu. 
      Babcia nasza Teresa Macudzińska już podtenczas nie żyła - z Gorzyc - Stryj Seweryn pospłacał rodzeństwo, i te do niego należały, ale jako urzędnik rządowy, nie mieszkał na wsi - od Stryja więc dzierżawił Gorzyce nasz Ojciec, i tam drogą naszą Matkę przywiózł!
A zrobił jej miłą niespodziankę, bo wesele wiejskie, tylko nie rzeczywiste złożone z państwa młodych - drużek i swatów, z muzyką na czele, powitało młodą panią; poczem nastąpiły tańce i zabawa a to pokazuje, jaki stosunek musiał bydź serdeczny między dworem a chatami wiejskiemi, kiedy właśnie z tych chat wybrał drogi Ojciec mieszkańców, aby w jego szczęściu wspólny udział brali, a na wstępie do nowych obowiązków, weselem ich witali!
I ta przychylność dla ludu wiejskiego w sercach naszych drogich Rodziców już się nie zatarła - i wszędzie gdziekolwiek byli cechowała szlachetne Ich postępowanie z niemi - ale też za to, jak w toku dalszego opowiadania widzieć będziemy, lud prostem swojem sercem nie został dłużny - umiał to docenić! 

niedziela, 5 grudnia 2010

Wesele w Łężynach

  Panną młodą w tem weselu wiejskiem była młoda, szesnastoletnia dziewczyna, a więc rówieśnica drogiej naszej matki, Która, wtym samym roku, później wyszła za mąż, za niemłodego już człowieka Floryana Augustyna, do Łężyn, aże rodzina Augustynów później przez swoich członków zespoliła się przyiaźnią z rodziną naszą; nie odrzeczy tu będzie koleje tej Kobiety tu skreślić:
  Z jakich powodów młoda dziewczyna wyszła za starszego  o wiele od siebie człowieka? tego już nie wiem - może dla majatku wydali ją rodzice, bo piękną zagrodę w Łężynach posiadał, dosyć że wyszła za niego, i jak sama swoją historyę opowiadała naszej mamie, nie cierpiała go - ciężkiem się młodej kobiecie takie życie zdało, rozpacz ją ogarnęła, umyśliła się utopić - szła więc w tem celu, i z tem postanowieniem do Gorzyc, aby we Wisłoce zakończyć swe życie.
  Jest w Łężynach koło drogi prowadzącej ze wsi do gościńca Kapliczka świętego Floryana, tam, idąc koło niej uklękła, i wrzewnej modlitwie polecała Bogu swą duszę.
  O ileszto razy w życiu ludzkiem się zdarza, kiedy zdaje sie że znikąd pomocy już niema - Bóg sam na ratunek spieszy! i z fali zwątpienia podnosi do nadzieji w pomoc i obronę swoją! pokusa zwyciężoną została - wróciła do domu, zgodziła się z losem swoiem, a kiedy później Bóg ją synem obdarzył ofiarowała go Bogu, i całem już jej staraniem i pragnieniem było widzieć tego syna przy ołtarzu pańskiem - Nie odmówił Bóg swej łaski - a chociasz dawniej z większem trudem - jak teraz przychodziło wykształcenie młodzieży - gimnazjum bowiem ówczas jeszcze w Jaśle nie istniało - Marcin szedł z klasy do klasy - w Rzeszowie zdał maturę i poszedł na teologie - jako młody chłopaczek, nieraz bawił się z mojem starszym bratem Waleryanem, a jako kleryk bywał w naszem domu, i z młodszem znów mojem Janem lubili się.
     W roku 1873 został wyświęcony, i do prymicyi przygotowywano się, Floryanowa, bo tak powszechnie po mężu matkę prymicyanta nazywano była już wdową wtedy, sama więc w swojem domu do uczty premicyjnej przygotowania czyniła, a prymicyant któregośmy bardzo lubili ciągle przychodził do nas, i radziliśmy wspólnie nad tą uroczystością; Nadszedł nareście ten dzień uroczysty byłoto w niedziele 27go Lipca, a z niem pierwsza Msza święta prymicyanta.
   Proboszczem wówczas w Łężynach był nieodżałowanej s.p. Ksiądz Jan Morawski, Onto ze swojej plebani prowadził z procesyą prymicyanta do Kościoła: a moje dziewczęta różańcowe ze świecami w rękach, przy Mszy Świętej asystowały. Podniosła to nadzwyczaj uroczystość, taka msza święta młodego kapłana po której następuje błogosławieństwo czyli tak zwane ściskanie głowy przez nowowyświęconego Kapłana. Tak długo może on udzielać tego błogosławieństwa wiernem, dopokąd nie odprawi żałobnej mszy świętej.
Najpierwej więc przystąpiła do ołtarza matka prymicyanta, Kapłani, i reszta na tę uroczystość zgromadzonych osób! Po uroczystości kościelnej obiad prymicyjny odbył się na plebani, na który była zaproszoną nasza droga Matka ze mną, bo Ojciec kochany już wtedy nie żył - byli oboje Królikowscy, i jeden tylko Ksiądz obcy, nie było wielkiego zebrania, bo to był czas smutku i trwogi powszechnej - grasowała bowiem cholera; i wtedy właśnie doszła w swej grozie do największego zenitu. Mój Boże, któż się mógł wtedy spodziewać że i w naszej rodzinie zrobi szczerbę bolesną w parę tygodni po tem na cholerę zakończył życie mój szwager Leopold Królikowski.
    Przy obiedzie na pierwszym miejscu siedział prymicyant Ksiądz Marcin Augustyn, obok zaś niego po prawej ręce szczęściem promieniejąca Matka Jego - po wiejsku ubrana, tak zacny syn prosił, aby poczciwa jego matka w stroju czysto wiejskiem do tej uczty zasiadła; a więc : chustka wyczepiona na głowie, korale na szyji, gorset zamiast katany zdobił jej figurę i w tem ładnem stroju, obok swego syna Kapłana zacnie wyglądała.
  Przy tej uroczystości był i wujt miejscowy, siedział razem z nami przy stole i wcale dobrą mową uczcił zgromadzonych.
  Po obiedzie u Księdza Proboszcza, zaprosiła znów Floryanowa do swojego domu, w domu to już prawdziwa była uczta: sąsiedzi, krewni premicyanta dziewczęta które asystowały przy mszy świętej, brakowało tylko muzyki którą dla ogólnego smutku z powodu cholery nie wypadało sprowadzać!
A obrazeczków co ksiądz Marcin porozdawał pozwolił mi według upodobania między dziewczęta rozdzielić, każdej też podpisałam dzień i rok tej uroczystości tem większej, że Ksiądz Marcin pierwszy z tej wioski Łężyny, rozpoczynał z ludu wiejskiego Kapłaństwo!
Jeszcze kilka tygodni bawił w swej wiosce rodzinnej Ksiądz Marcin, a u nas prawie codziennem był gościem. Pierwszem potem do jego pracy Kapłańskiej, był Dobrzechów, pod przewodnictwem zacnego Księdza prałata Buchwalda.
Obecnie Ksiądz Marcin posiada piękne probostwo w Milczycach jest Kanonikiem, a dzialalność jego jest jak najzacniejsza: wystawił bowiem dwie kaplice mszalne łacińskie, w wioskach, gdzie ludność polska z ruską pomieszana, aby przez częste nauki w tych kaplicach głoszone ludowi, bronic wiary i narodowości!
a matka Jego dzis już staruszka, i podupadła na nogi, bo ją na krześle tylko wożą; otoczona opieką syna, i wygodami czeka rychło ją Bóg zawoła + po nagrode za odniesione zwycięstwo!!
Tak, bo była to chwilowa rozpacz, a gdy zwyciężyła pokusę i poszła za głosem łaski, Bóg jej nie odmówił
                                                                           +1895
pomocy, i na odniesione zwycięstwo, już i tu na ziemi zgotował jej tak wielka pociechę w synie. O to Bóg każde zwycięstwo nad złą skłonnością - nad pokusą co nas do złego pociąga hojnie nagradza swą łaską!! i koronuje błogosławieństwem swojem!
      W Gorzycach nasi Rodzice nie długo mieszkali, zmuszeni byli opuścic to miejsce a to z następującego powodu:
Stryjostwo Sewerynowie mieli jednego tylko synka Erazia (?) - miałoto bydź dziecko bardzo ładne i nad wiek rozwinięte - dostało ono jakiejś zaraźliwej choroby, którą żeby lepiej leczyć przyiechała z niem Ciotka Marya do Gorzyc, do naszych Rodziców, u których było już troje dziatek, dwie córki i synek Seweryn.
Słabość Erazia nie zmniejszała się, owszem przybierała coraz gorsze rozmiary, podobno aż ciałko psuc się na niem miało, zabrali go więc znów stryjostwo do Stanisławowa, gdzie niebawem życie zakończył - a i naszem Rodzicom Sewerynek umarł, gdyż się zaraził od tamtego dziecka tą samą chorobą.
I tak obie siostry jednaką boleścią równocześnie zostały dotknięte - i tyle jednak stryjostwo większą że jedyne to dziecko mieli. Rozpacz była ich wielką - a boleść nie zagojoną - to też stryj n ie chciał już dłużej na urzędzie zostawać, zrezygnował z niego i ze starostwa, które niebawem byłoby go spotkało - przyjechali do Gorzyc, jako do własności swojej. Życie ich jednak smutek zalegał. Stryj stetryczał, na widok dzieci obcych smutek go ogarniał że on ich nie ma, to też później, gdy Rodzice nasi sprowadzili się do Łężyn, a stryj czasem piechotą przychodził nas odwiedzić, to gdy go zdaleka Rodzice zobaczyli, wołali na nas: "dzieci schowajcie się stryj idzie" tośmy się chowali, nie wiedząc ile pod słowami temi bólu się ukrywało.
     Ciotki Maryi, żeby skreślić jej obraz oddać wiernie jej harakter trzebaby mistrzowskiego pióra: młoda urodziwa - z boleścią w duszy po stracie dziecka; z poddaniem się woli Boga, i z miłością już tylko dla rodziny oddała się nauką i czynom szlachetnym. Dawniej, nie było tak, jak teraz szkół po wsiach, ona, obok cnót prawej chrześcijanki, łączyła w wysokiem stopniu cnotę miłości Ojczyzny, zrozumiała że lud wiejski ma te zacne prawa w ojczyźnie co i inny obywatel, lecz przez naukę oświate, trzeba go podnieść, wpłyneła na to, aby przynajmniej organista miejscowy, uczył wiejskie dzieci, co to już było dla nich wielkiem dobrodziejstwem. Lubiła nauki, to też znakomici ludzie znając ją, hołd jej składali jak: Sciboroski (?) przerobił Wiesława Brodzińskiego na sztukę teatralną; jej tą pracę poświęcił. Lipinski, sławny muzyk na skrzypcach, gdy Ciocia była w kąpielach, podobno w Truskawcu, i on tamże się znajdował - na niczyją prośbę mnie zagrał - dla Cioci naszej zrobił ten wyjątek - i nie proszony - a własnej swej woli grał jej na skrzypcach.
   Walęty Chłędowski literat i poeta z największem był uwielbieniem dla niej, a nawet duchowo byli spokrewnieni przez kumostwo: mnie bowiem obydwoje do chrztu świętego trzymali.
   Walęty Chłędowski ieździł do Paryża, kość mu bowiem w głowie pruchniała, z tego powodu tamże operacye przebywał, po której czapeczkę okrągłą jak go mamy na portrecie, zawsze już nosił - otóż pamiętnik w tej podróży napisany także Cioci ofiarował.
   Jakem wspominała wyżej Ciotka Marya za młodu miała talent do wierszy, jak mi Mama opowiadała, gdy w Żmigrodzie na cmętarzu cholerycznem postawiono pomnik, Ciocia jako jeszcze bardzo młoda panienka zrobiła z tej okazji tak ładne wiersze, że je na tem pomniku wyryto. Pod wpływem zaś boleści talęt ten, jako też i z wiekiem, rozwinął się - pisała dużo niektóre wiersze podawała do druku, do pisemka kobiecego, jakie w owem czasie wychodziło; tak zwane "Wianki" ale daleko więcej zostało ich nie drukowanych, bo prosiła, aby po jej śmierci, nie dawano do druku.
   A jaką dobrą była Ciotką dla nas któż to wypowie? Droga poczciwa Ciotko nasza, gdybym przynajmniej tem sposobem tem spomnieniem Twych cnót mogła się odwdzięczyć, za Twe dobre serce dla nas!
Ale jak Prababki opis zakończyłam wierszami zrobionemi przez Ciocię, tak zdaje się mi, że największy złożę hołd pamięci, cnotom Ciotki przytaczając tu wiersze, które ułożył na jej cześć Walęty Chłędowski. 

niedziela, 28 listopada 2010

Walenty Chłędowski o Cioci Maryi

"Dobrocią łagodnością słodyczą ujmuiesz
Szlachetnością zwyciężasz, wdziękami czaruiesz,
Z czystej duszy twój umysł tkliwy i bogaty,
Wonne, żwieże jkak wiosna wydobywasz kwiaty,
Pełniąc cnoty ludzkości, drogie sercu Twemu 
Skromnością wielką wartość nadajesz wszystkiemu
Gdzie noga twoja stąpi gdzie pobieżysz okiem 
Wszystko natchniesz radością, powleczesz urokiem.
O! Świat ci tego nie dał - wyżna to skarbnica
Skąd wziełaś co wraz z duszą i oko zachwyca
To Bóg, chcąc złączyć w Tobie wszystkie płci zalety 
Zesłał swego Anioła w postaci Kobiety"!
Walęty Chłedowski.

Iwla

Do państwa Dukielskiego, które nasz Dziadek Zbrożek trzymał w dzierżawie od hr Męcińskiego, należała wieś Iwla; tą zatem wieś z browarem wódki, subarędował (?) Dziadek naszym rodzicom, jak z Gorzyc się usunęli.
W Iwli nadzwyczaj dobrze powodziło się Rodzicom - Browar dawał mnogo kraju (?), [66] na której bydło się wypasało - mleka też było dostatnio, które w Dukli miało swój zbyt - słowem - nasi Rodzice w Iwli ładny majątek pracą uzbierali - bo gdy w lat parę z niej na inną dzierżawę w Sanockie się wyprowadzili, liczyli majątku 30 000 fl (?)
   A przy tem jakisz stosunek miły: Dziadkowie Zbrożkowie mieszkali w Dukli - a to do Iwli tak nie daleko było - jakże więc musieli korzystać z tego zbliżenia, jak często bywać u siebie? ale że trwałego szczęścia niegdy nie ma na ziemi - i tam zaglądneła boleść: Prababcia najpierwej umarła; a później Babcia Zbrożkowa zakończyła życie - a nadto zawitał rok 1846 rok straszny - który jak huragan pustyni zmiatał niewinne ofiary[67] bratobójczą ręką! Okropna karta w dziejach naszego narodu - straszne chwile trwogi - które nasi drodzy Rodzice przetrwać musieli.
   

Rabacya w Dukli w 1846 r.

    Jakem to wyżej wspomniała, Rodzice nasi wszędzie gdziekolwiek zamieszkali, jaknajlepszy wpływ wywierali na lud wiejski - a jako pracujący na roli ciągle styczność z sobą wzajem mieli - Ojciec w polu, droga Matka w ogrodzie przy robotach - zawsze znaleźli sposobność, żeby ten lud czegoś dobrego pouczyć - to też gdy nadszedł rok 1846, i powstanie się nie udało - ale przeciwnie, ci, co mieli razem stanąć za szlachtą w obronie Ojczyzny, obrócili przeciw niej swoje oblicza (?), a wieść ta, jak błyskawica zapowiadająca grom rozeszła się po kraju, kto więc mógł jeszcze, uciekał z własnego domu.[68]
  Do Rodziców przyszedł Wujt miejscowy, i w te odezwał się słowa: "Panie nie uciekaj! My gromada staniemy w obronie Twojej - Twej żony i dzieci Twoich - i nie damy zrobić Ci krzywdy, staniemy w obronie Twojego dobytku, i włos Ci z głowy nie spadnie"
  Co za wzniosłe słowa od chłopa prostego! a kto te słowa natchnął? uczciwe postępowanie, bo ten chłop prosty od tego, do którego przemawiał nie nie doznał nigdy krzywdy, był traktowany po ludzku, jako współobywatel ziemi, na której wspolnemi siłami w jedności braterskiej wszyscy jesteśmy obowiązani pracować.
  Zacnego Wujta za te słowa zapewne uścisnął Ojciec ręką - ale trwoga [69]była wielka! Sami Rodzice nie wiedzieli co robić? czy zaufać tym słowom? w tej niepewności nad wieczorem, a było to w pamiętnych dniach Lutego; w ostatni zapust.
Kiedy Ojciec z gospodarstwa powrócił do domu, przychodzi Żyd miejscowy, który od Ojca brał wódkę - i prosi, żeby Ojciec był łaskaw sam iść jeszcze do magazynu i wydać mu co wódki - zdziwiło to Ojca nie pomału (?), bo magazyn był już zamkniony, i pora dnia spóźniona - ale bierze klucze, zbiera się i idzie - wchodzą do magazynu, Żyd drzwi zamyka, i mówi do Ojca w najwyższej trwodze: "Co Pan robi? czego Pan nie ucieka? co zrobić Pan myśli? natychmiast zabieraj Pan żone, dzieci i uciekaj do Dukli do Pana Zbrożka, tam jest wojsko, tam się prędzej obronicie jak przyjdzie czerniawa [70] z innych wsi, kto Was obroni.
Żyd poczciwy! Ale co się Ojcu dzialo, gdy usłyszał te słowa? W mgnieniu oka wydaje rozkazy, aby zaprzęgano do sani, było to bowiem w Lutem, w tych pamiętnych ostatnich dni zapustu: idzie do domu i mówi do Matki, że trza się zbierać - trza kosztowniejsze rzeczy zapakować - trza dzieci do drogi ubierać, a było nas już wtedy czworo, a tu dzieci na szkarlatyne chore niedawno pijawkami poobkładane leżą na łóżku; najstarsza z nas Wiktorya miała nawet z tego powodu krwiotok a sama droga Matka także nie zdrowa z obwiązanem gardłem. Ale naszą Najdroższą Matkę cechowała niezmierna moc (?) ducha, na słowa usłyszane od ojca nie mdleje, nie [71] spazmuje, ale siłą woli pokonuje cierpienie i trwogę -  zbiera dzieci -  pakuje kosztowności i okryta futrem w zamieciach tuli dzieci do siebie nie dbając, że burza śnieżna zmieszana z gradem tnie ją po rękach i twarzy! O droga Matko nasza! o Ojcze najlepszy! tam gdzie chodziło o dzieci wyście zawsze o sobie zapominali!
    I tak wśród okropnej zawieji - bo w tych trzech dniach tak szalała burza, że zdało się, jakby cała natura wzruszoną została tą grozą, jaka się działa na ziemi! przyiechali Rodzice do Dukli - Dziadek Zbrożek otyle był spokojny i bezpieczny, że był sam mieszkał w mieście - i żył z wojskowymi których - mówiąc nawiasem bardzo hojnie gościł u siebie, żeby tylko w razie potrzeby mieć w nich pomoc gotową - grubo się [72] się jednak omylił, bo gdy kapitana zapytali jaką dacie nam pomoc? ten że odpowiedział "Taką tylko możemy dać, że jak wyruszymy na Węgry Wy możecie taborem iść za nami!
Przeszła więc pierwsza noc w Dukli okropna! na dworze wichura się sroży - a z miasta przychodzą co raz gorsze wieści: "Chłopi gromadami napadają na dwory, biją i mordują"
  Dzień mija na tych okropnych wiadomościach, nareście wieczór, na niebie pokazuje się łuna - na rynku krzyk i gwar niezmierny - do pokoju wpada głos: "są już w mieście idą - mordują"
   Dziadek staje gotów do obrony Ojciec bierze na swe ręce małego synka Waleryana Matka jedną [73] ręką nas trzy dziewczynki zasłania; a w drugą bierze obraz Przemienienia Pańskiego - obraz starodawny, pamiątka rodzinna po Babci Teresie Macudzińskiej, który obecnie w domu braterstwa Waleryanów w wielkiem poszanowaniu się przechowuje i tak stojąc z dziećmi na środku pokoju, wzbogaceni mocą wiary w potęgę tego Boga, którego wizerunek Matka trzyma w ręce i patrzą którędy uciekać? lub - zginąć razem!
   Nareście gwar się ucina - a z miasta wiadomość nadchodzi, że to szewc upity, ze swoją małżonką pobili się i taki w mieście tumult zrobili, a nierozważni przynieśli do dworu wiadomość, że rabacya nadchodzi.
  O ileszto razy jak Ojciec opowiadał to zdarzenie - a opowiadał [74] tak mistrzowsko, że wszyscy z przyiemnością słuchali - ustęp ten komiczny w całej zresztą okropnej tragiedzyi do śmiechu pobudzał!
  Ale im jeszcze nie była pora do śmiechu - trwoga z ukończoną bitką szewca minęła - a groza rzezi i rabunku coraz większe przybierała rozmiary - i jakby eho strzaszne dochodziła do Dukli!
    Tak wśród tych wieści, i najokropniejszego niepokoju - wśród rozszalałych żywiołów, przetrwali trzy dni, po których zabłysło słońce na niebie, i oświeciło ziemię zalaną krwią i łzami!
    Tyle razy już był opisywany ten rok straszny 1846 a z niem niedoszłą rewolucyą i okropną rabacyę, [75] obecnie opisuje go cudownie w dzienniku "Nowa Reforma" Czcigodny nasz literat i poeta, Kaczkowski Zygmunt - ja więc mojem nieudolnem piórem, nie będę go więcej dotykać, wspomnę tylko jeszcze to, co nam nasi Rodzice opowiadali:
  Po tej zimie strasznej przyszła oczewiście wiosna; a z nią głód okropny: "Od powietrza głodu ognia i wojny zachowaj nas Panie" jakto śpiewamy w suplikacyach - a więc jedna z tych klęsk, która jest jakby karą sprawiedliwego Boga, przyszła na ziemię!
Ludzie marli z głodu - Rząd chcąc zaradzić potrzebie rozkazał robić gościniec z Dukli do Węgier, a do tej roboty ze wsząd chłopstwo się cisnęło, szukając zarobku dla siebie, ale niestety! zarobione pieniądze, a za nie kupiena [76] strawa, nie zaspokajała głodu - jedni za drugiemi padali - po drogach można było widzieć i napotykać na tych nieszczęśliwych . Raz Mama wyszła z dziećmi na spacer i zobaczyła trupa leżącego w przekopie, z przerażeniem odwróciła oczy od tego okropnego widoku i wróciła do domu - w stodołach po kilku ich nieraz leżało - okropne wspomnienie - grozą przejmujące obrazy - lepiej zakończyć słowami poety:
  "Na te dzieje, i łez morze,
Spuść zasłonę Wielki Boże! 


W Iwli rzeczywiście Wuj tzacny dotrzymał słowa - Iwlanie nietylko że niezrabowali dworu, ale nadto jeszcze otoczyli go opieką od napaści [77] innych - po uciszeniu więc burzy, wrócili Rodzice do dworu, gdzie wszystko w porządku zastali; a poczciwa sługa Agata, zapomniany przez Mamę woreczek z dukatami - które Mama otrzymała z błogosławieństwem od swych Rodziców, i jako relikwie i jako relikwie - jako droga pamiątka wisiały na ścianie, między obrazkami świętemi - przechowała, i wiernie do rąk oddała.

Wyprowadzka z Iwli, Buków

    W Iwli nasi Rodzice nie byli już długo, Dziadek Zbrożek opuszczał państwo Dukielskie, a opuszczał w bardzo smutnych warunkach. Miał znaczny majątek - a był nad wyraz honorowy - mierząc więc drugich według swojej skali - myslał - że każden z którym w interes zachodzi - równiesz honor posiada. Pożyczano od Dziadka Z. tysiącami pieniądze bez pokwitowania , [78] na słowo tylko - a potem nie wracano, tym więc sposobem, został Dziadek do szczętu zrujnowany. Do tego zniesienie pańszczyzny postawiło w zupełnie odmiennych warunkach dzierżawy.
Słowem - Dziadek opuszczając Dukle wyszedł z niej, prawie biedny!
   Gdyby hrabiemu Cezaremu Męcińskiemu - od którego Dziadek Zbrożek dzierżawił Duklę - a któryn obecnie jeszcze jest przy życiu  *(6/1896) - dopisywało sumienie i pamięć, o to nam - jako spadkobiercom śp. Zbrożka - jeszcze dużo - dużo mogłoby bydź zwrócone! gdybyszto właśnie z Hrabiom Dziadek wszedł w takie interesa, że był nawet zmuszony, po opuszczeniu Dukli, wydać Hrabiemu proces, który ciągnął się długo i reszta pieniędzy jakie Dziadek [79] jeszcze mógł zebrać, pochłonął - nareście wygrał jedną część - o drugą proces dalej się prowadził, tymczasem Adwokat Pawlikowski, mieszkający w Sączu który prowadził proces, umarł, a niebawem i nasz Dziadek życie zakończył!
    Gdy więc Dziadek Zbrożek miał opuścić Duklę, nie mogli zatem i Rodzice nasi dłużej pozostawać w Iwli.
    Ojciec oglądnał się za inną dzierżawą ; i znalazł ją w Sanockiem. Był to Buków, własność niejakich Państwa Sikorskich, wieś piękna, licząca przeszło 200 morgów pola urodzajnej gleby - okolica cudowna, zamieszkała przez okoliczną szlachtę.



Wyświetl większą mapę

    Dwór w Bukowie był obszerny z galeryą, przed gankiem gazon (?) szeroki, zasadzony rozmaitemi krzewami, wśród których wznosił się wspaniały rododędron. [80]
Opodal od dworu stała oficyna, zamieszkała przez sędziego (?) Tomaszewskiego z trzema córkami.
    Państwo Sikorscy, byli to ludzie z epoki Stanisława Poniatowskiego - oboje już nie młodzi - Ona Kołłątajówna z domu, lubiąca zabawy, i stroje aże im majątek przysługiwał, mieszkali zawsze we Lwowie, i tylko czasem zieżdżali do Bukowa; zamieszkując osobny dworek, z którego znowu w sąsiectwa robili wizyty : Raz na taką wizytę wystroiła się - zresztą już sześćdziesięcioletnia Kobieta - w białą materyalną suknię, do gorsu (?) perły na szyji - wachlarz w ręce - tak wystrojona poiechała w sąsiectwo na wizytę, jakby na dwur Stanisława Augusta!
    A byli przy tym niezmiernie skąpi [81] obydwoje. Raz posłała nas Mama wszystkie trzy, t.j.t Wikcie, Marie i mnie, do niej z wizytą, gdzie wspaniałomyślnie obdarzyła nas, jakiemiś podarunkami, małoznaczącemi - Starsze siostry przyieły tre podarunki grzecznie, ale ja śpileczkę rzuciłam na ziemię, i podeptałam nogami.
    Z takiemi to ludźmi wszedł nasz Ojciec w interes. Cena dzierżawy była bardzo wysoka; ale że nasz Ojciec był dobry, i pracowity gospodarz, a ziemia urodzajna, nie wachał się więc Ojciec jej dać.
    Sprowadzili Rodzice śliczny inwętarz, bo tyrolskie krowy, które stanowiły niepośledni kapitał.
    Jak Rodzice przyiechali do Bukowa, mieli nas już troje 
pięcioro dzieci, bo w Iwli, po rabacyi, przybył jeszcze mały Kazio, Który w cztery lata później umarł na szkarlatynę.
    Otóż mając już taką gromadkę dzieci Rodzice nasi pragneli tylko już dla nich żyć i pracować - postanowili sobie zatem, nie robić żadnych wizyt u sąsiectwa, ale do Kościoła trzeba było ieździć parafialnego, gdzie szlachta okoliczna się zieżdzała także gdzie Proboszczem był zacny Ksiądz Piękoś, patryiota, i męczennik za sprawę polską - jakże nie było się z nim zapoznać? jak przed Sąsiadem głowy nie schylić?
    Atrzeba tu dodać że nasi drodzy Rodzice przy nadzwyczjnej szlachetności serca - i umysłu - przy wielkiej inteligencyi we wnętrznej posiadali - szczególnie Matka niezwykłą [83] urodę ciała - byli jeszcze obydwoje młodzi - grzeczność - uprzejmość cechowała Ich postępowanie zawsze i wszędzie. Cóż więc dziwnego, że Szlachta okoliczna sama, pierwsza wizyty Rodzicom naszym poskładała? A do szlachty tej, wchodzili i karmazyni jak Zarębowie, i znaczni Obywatele jak Ostaszewski, Troskalscy i wiele innych.
    Trudno więc było nie pooddawać wizyt grzecznym Sąsiadom, tak zawiązały się znajomości, przyiaźnie, które potem na długo przetrwały, jak z Kazimierzem Stankiewiczem, któremu tutaj, niech będzie wolno słów parę poświęcić.
   Z kąd pochodził? Kim on był rzeczywiście, Księciem hrabiom czy szlachcicem? tego nie wiadomo, dosyć, że był człowiekiem [84] zacnym, i patryiotą nie zwykłej miary. Bywał jako młody człowiek w domu naszych Rodziców, aże był skąpromitowany po 1846 r. przybrał obce nazwisko "Popiołka" i pod takiem długi czas się ukrywał - ale na koniec poznany przez władzę, i zchwytany, odsiedział 8 lat ciężkiego więzienia, z którego wyszedł łysy - ale na duchu nie złamany.
    W dwadzieścia lat później odnowił z naszymi Rodzicami dawniejsze stosunki, i znów zaczął bywać w ich domu. Wtedy, a było to w roku 1864 moje obie Siostry były już zamężne. Bracia, jeden na stanowisku, drugi w szkołach - ja sama już tylko byłam w domu Rodziców.
    Człowieka tego cechowała niezwykła [85] powaga i mądrość, a jako patryiota, wzbudzał cześć najwyższą.
  Wówczas był już bardzo nie młody, ja zaledwie dwudziesty drugi rok liczyłam, ale jak się mi oświadczył, nie wachałam się oddać mu swą rękę i serce!
    Rodzice nasi jednak nie byli z tego kontęci, obawa, że człowiek tak skąpromitowany, któremu śmiercią grożono, może jeszcze przez rząd bydź poznany, pochodzenie jego nie wiadome, a nad to mnie właśnie w tym czasie rozwineła się choroba nerwowa, biorąca początek od bolu w gardle.
  Rodzice jednak nie byli by stawiali tamy temu związkowi, byle zdrowie moje wróciło - w tym celu też poiechała Mama ze mną do Rzeszowa [86] do jednego Doktora, poradzić się o mnie, któryn oświadczył Matce w sekrecie, że za mąż iść nie mogę gdyż grożą mi suchoty, albowiem w płucach mam już dziurę wielkości pięści!
  Tak więc przez nie poznacie się owego Doktora na dyiagnozie słabości, człowiek ten znakomity nie wszedł w naszą rodzinę! Ożenił się później gdzieindziej, a w tym roku, tjt 1895 zakończył życie w Krakowie.
  Wspomnienie o niem napisane w gazecie, przytaczam tutaj dosłownie, bo ona jest streszczeniem jego zasług i pracy!
  "Zmarli, Kazimierz Stankiewicz, więzień stanu, urzędnik oddziału zastawniczego przy krakowskiej miejskiej [87] Kasie Oszczędności, urodzony w 1820 r. zmarł wczoraj w Krakowie.
   "Nieboszczyk należał do najstarszych i najzasłużenszych urzędników tej instytucyi, a biorąc żywy udział we wszelkich pracach obywatelskich, w całem mieście ogolnem cieszył się poważaniem. Za młodu należał do wszystkich organizacyi, mających na celu niepodległość Ojczyzny. Przed rokiem 1846 brał czynny udział w naszych w Krakowie wypadkach. Schwytany przez władze austryjackie, torturowany strasznie, następnie osadzony w twierdzy, przez ośm lat dzielił losy więzienne z Ziemiatkowskim [?] Kardynałem Dunajewskim, Potockim i innymi patryiotami, a ślad kajdan na nogach i rękach, do ostatnich dni widne były u tego obywatela patryioty.
  Po powrocie z Francyi, gdzie po opuszczeniu [88] więzienia emigrował, obiął zarząd dóbr u Księżnej Montleart, następnie otrzymawszy posadę w Kasie Oszczędności, do ostatnich chwil prawie pracował zostawiając po sobie żal szczery i głęboki. Cześć pamięci prawego Polaka!
    szczególne zdarzenie - wczoraj skończyłam wspomnienie o sp. Stankiewiczu, a dzis 24 Października 1895 r. jako w stuletnią rocznicę ostatniego rozbioru Polski, odbyło się nabożeństwo żałobne za dusze tych, którzy walczyli o niepodległość Polski! podniosłe, i nad wyraz rozrzewniające, po którym "Sokoły" rozdawali karty z pieśnią, a następnie, zaśpiewano ową wzniosłą pieśń, ułożoną przez Alojzego Felińskiego, którą tu przytaczam: [89]
Modlitwa za Ojczyznę.
Boże coś Polskę przez tak liczne wieki.
Otaczał blaskiem potęgi i chwały,
Co ją osłaniał tarczą swej opieki
Od nieszczęść które przygnębić ją miały

Przed Twe ołtarze zanosim błaganie
Ojczyznę wolność racz nam wrócić Panie.

Ty któryś potem tknięty jej upadkiem
Walczących wspierał za największą sprawę .
I chcąc świat cały mieć jej męstwa świadkiem,
W nieszczęściach samych pomnażał ich sławę.
Przed twe Ołtarze itd.


Wróć naszej Polsce świetność starożytną
Użyźniaj pola spustoszone łany,
Niech szczęście wolność na wieki w niej kwitną
Poprzestań kary Boże zagniewany.
Przed twe Ołtarze ...


Boże którego ramię sprawiedliwe
Żelazne berła władców świata kruszy, [90]
Zniwecz tych wrogów zamiary szkodliwe
Obudź nadzieję Polskiej naszej duszy.
Przed Twe Ołtarze...


Gdy naród Polski dzisiaj we łzach tonie
Za naszych braci poległych błagamy.
Cierniem męczeństwa uwieńczyli skronie
A nam wolności otworzyli bramy
Przed twe Ołtarze...
A więc za wszystkich, i za tych co polegli na placu boju - co w Nerczyńskich (?) kopalniach snem śmierci posneli - co na Syberyi wśród lawin śniegowych zapomnieni spoczywają.
Za tych co swe siły i życie nieśli w obronie Polski, i jej niepodległości dziś nabożeństwo było!
    Cześć Ich pamięci.

[91] Szlachta sanocka słynęła z wesołości i zabaw, to też i naszym Rodzicom nie dała tak spokojnie siedzieć, i pracować, jak to sobie zamierzyli, od czasu do czasu, zaczęła najeżdżać Buków, nareście, na dobre się rozgościła w domu, gdzie gospodarze uprzejmi tak ponętnym go czynili dla wszystkich.
    Najbliższym sąsiadym Bukowa był Trulskulaski (?), grzeczny, nad wyraz uczynny, ten, dowiedziawszy się, że nasza Matka lubiła zwierzynę; jakby strzelec nadworny, ciągle ją na nasz stół dostarczał 
Inną razą, wiedział że Rodzice nasi wyiechali na parę dni do rodziny, tutaj w Jasielskie, kazał napiec ciast, bułek, i z tem wszystkiem sam do nas dzieci przyiechał i bawił się z nami, a w zabawach rozmaitych popsuliśmy (?) od niego  [92]
    Potem Teksterysowie z jedyną córką Amelką; z tych Tekstorysów jako ich bratanek pochodził Ksiądz Tekstorys, kilkuletni Katecheta w Klasztorze Świętego Jana w Krakowie, a poźniejszy proboszcz w Kołaczycach, któryn moiemu Braterstwu Waleryanom ślub dawał.
    Dalej Zarębowie, Ostaszewscy, Henrykowie Kierzkowscy, którzy w tych dniach jakem czytała w gazecie będą obchodzić złote wesele , piędziesięcioletni jubileusz małżeństwa. Z siostrą Kierzkowskiego Malwiną bardzo się nasza Mama polubiła; i żyła z nią w przyiaźni.
I wiele jeszcze innych osób bywało w domu naszych Rodziców.
    Ojcu naszemu mówiono Feliks, ale imieniny obchodzono zawsze 30go sierpnia [93] na świętego Rajmunda, gdysz to pierwsze imie było Ojca.
    Otóż Rodzice, chcąc uniknąć większego zgromadzenia i subiekcyj, nie wydawali się z tym głośno - mając zamiar, dzień ten w kółku tylko rodzinnym przepędzić - Ale gdzież tam!
 W wilją dnia tego 29 sierpnia, siedzą sobie Rodzice wieczorem, w towarzystwie Stryjeństwa Sewerynów, co właśnie przyiechali z Gorzyc, a tu na ganku daje się słyszeć muzyka, otwiera Ojciec drzwi, na ganek, patrzy, a to Sąsiedzi serenade naszemu Ojcu zrobili, jako jutrzejszemu Solenizantowi - bo się przecież z kądś dowiedzieli, że to Ojca imieniny.
Cóż było robić? wypadało prosić do pokoju, dziękować - "Ale nie dziękuj Sąsiedzie" - wołają - to dopiero początek [94]  jutro  całe Sąsiectwo zjeżdża do Ciebie, a muzyka ta oto będzie nam przygrywać do tańca. Miła zapowiedź! a tu w domu nic nie przygotowane - ale że Rodzice mieli kucharza, i służby dostatnio, jak to się wszystko rzuciło do roboty na całą noc, jak zaczęło po kurnikach robić spustoszenie, a w kuchni piec ciasta i torty, tak podobno nic nie brakowało, coby ujmę czyniło gospodarzom i ich gościnności.
Nazajutrz zjechało, co żyło - i starzy i młodzi. A była to młódź ochocza wesoła, między którą górował humorem i dowcipem Walery Paszkowski (?), ten wzdychał potajemnie do Amelki Teksterysówny, aże był przystojny, Panienka nie była obojętną; ale przed wzrokiem surowej Matki, kryła się [95] z tem uczuciem - a i on go tez jawnie nie zdradzał, ale podochociwszy sobie winem, stanął do krakowiaka z Amelką i zaśpiewał:
" Dolina, dolina między dolinami
Ojciec, Matka nie wie - co jest między nami".
   Gruchnęła piosnka po sali, i odbiła się złowrogo w sercu przepełnionym arystokracyą Matki!
 Zawrzała gniewem - i do drugiej śpiewki prosi, że ona teraz zaśpiewa - oczewiście, para się usówa - ona staje przed muzyką i śpiewa:
"Dolina, dolina na dolinie sosna
Nie dla ciebie moja Amelka urosła".
   Ubodło to Paszkowskiego niezmiernie bo lubo był porządnym człowiekiem - nie pochodził z wyższej arystokracyi - zapomina o panience, i uczucie jakie żywił [96] dla niej, staje i śpiewa:
" A któż to taka bajkę po sali rozgłosił?
Ani mi się śniło, bym cie o nią prosił."
  I tak, ta cicha idylla - zakończyła się nader głośno, bo przy tańcu, muzyce i śpiewie. 
    Zajście to jednak małe, nie rozerwało wesołej zabawy, bawiono się ochoczo i dopiero z brzaskiem dnia, zaczęto się do domów rozieżdżać.
    Razu jednego, a było to w zimie, siedzą sobie Rodzice wieczorem na sali, a tu brzęk - brzęk - jedzie sani kilkoro ale przed gankiem nikt nie wysiada, wszystkie sanie poiechały dalej: Ojciec wychodzi na ganek - a przed gankiem na śniegu leży kilka zajęcy. To sąsiedzi powracali z polowania - umyślnie drogę skrócili na Buków, i z każdych [97] sani padł jeden zając przed gankiem.
Nasz Ojciec nie był myśliwy - nie był zatem w ich towarzystwie, ale oni pamiętali o Bukowie, i tak hojnie dom zaopatrzyli w zwierzynę.
    W latach tych, które jakby przez mgłę przesuwają się się przed wzrokiem mojej duszy bo to, co tu opisuję słyszałam od Rodziców, lub od Siostry, która dopełnia te wspomnienia swemi uwagami: bo choć nie owiele starszą jest odemnie, ale więcej pamięta.
    W latach więc tych, a byłoto w 1848 r. kiedy rząd chcąc zatrzeć bolesne wspomnienie po rabacyi, nadał Galicyi konstytucyę, bawiono się ochoczo - bawiono się i poważnie: Konstytucya dawała przedmiot do rozmów - budziła nadzieje, rozweselała umysły, bo kiedy mniejsze [98] grono osób zjechało się w Bukowie , jakiesz wtedy piękne śpiewano pieśni patryiotyczne. Rodzice nasi bardzo ładnie spiewali. Spiewano więc: "Z dymem pożarów, "Lecą liście z drzewa" lub ładną piosnkę rybaka, "Łudko moja łudko suwaj po głębinie, moja ty kolebko, w tobie życie płynie". melodya tej piosenki spiewanej i w poźniejszych latach przez moja drogą Matkę tak utkwiła w mej pamięci, że przechowała się do teraz.
   Wśród więc wesołych dni - i życzliwych sąsiadów, zyskując ich przyiaźń i szacunek, pracowali Rodzice - pracował Ojciec. A praca ta wdzięczną i nie marną była - pleniło się zboże - dobytek wzrastał - sława dobrego gospodarza utrwalała się co raz więcej. [99]
    Ale gdzież szczęście na ziemi długo jest trwałem? Czem dłuższa pogoda i na lazurze nieba chmur nie widać - tem pewniej, w tej cieszy, zerwie się burza i gromy uderzą.
    To się dzieje w świecie fizycznem a jakże często powtarza się to samo, i w życiu ludzkim?
 I w naszych Rodziców grom za gromem uderzył - zniszczył ich dobytek i pracę, ale zniszczyć nie potrafił ducha!
  Wznosili się ponadto wszystko - wiarą i nadzieją, a ufność ktorą złożyli w Bogu dźwigała ich wśród nieszczęść - i nie pozwoliła upadać.
    Jakem to wyżej wspomniała, Dziadek Zbrożek, opuszczając Duklę, nie ze swojej winy - ale przez ludzi wyszedł z niej prawie biedny! Nie miał się [100] gdzie na razie podziać - nie mając domu swojego zamieszkał tymczasowo przy (?) zięcia i córki starszej Maryi w Gorzycach. Zejść z wielkiego majątku, i znaczenia do takiego stanu było to zbyt upokarzającym dla Dziadka. Matka nasza kochając niezmiernie swego Ojca, tak odczuła jego zgryzotę, że zapadła na ciężką, i długo trwałą chorobę nerwową.
    Na szczęście jednak był wówczas w Brzozowie zdolny lekarz Zbyszewski, ten poznał się na słabości, a prowadząc umiejętnie kuracyę wrócił Matkę do zdrowia - ale nerwowość w fizycznym Mamy, już na zawsze została - a raczej był w Niej już ten zawód - gdysz i my dzieci, przechodzili także choroby nerwowe. [101] i jak Bratu mojemu Waleryanowi lekarze w Wiedniu i Wrocławiu powiedzieli, jak ich rady zasięgał, że właśnie słabość nerwowa u niego bezwzględnie (?) była dziedziczną.
  Wracam więc do przerwanych wypadków: Dr Zbyszewski prowadząc kuracyę Matki zalecił przedewszystkiem spokoj - kazał nas dzieci całkiem od Matki usunąć - mieliśmy więc oddalony pokój - gdzieśmy przebywali obok służący poczciwej wiejskiej kobiety Katarzyna. Była ona mojej siostry, Stasi, i moją, mamką - a później dozorczynią naszą, i Mamy w gospodarstwie prawą ręką.
  Starsze rodzeństwo miało Guwernera bo Waleryan potrzebował już nauki, najstarsza siostra Wikcia także się uczyła a Stasia zapewne tylko litery zaczeła [102] poznawać. Ale dosyć, że mieli Guwernera, i uczyli się przy nim, Mama nasza zatem stosując się do rad lekarza, po roku prawie, wróciła do zdrowia.
  Ledwo Rodzice ockneli się z tego umartwienia, aliści nowa zawitała klęska - która mteryalnie zniszczyła Rodziców, i podkopała ich przyszlość zupełnie.
Wyświetl większą mapę